22 czerwca 2016

O matko! Nadchodzi koniec roku!

 
Zakończenie roku szkolnego

Dwadzieścia lat temu (plus minus kilka ładnych lat) jawił mi się jako najcudowniejsza rzecz pod słońcem. Wraz z resztą dzieciaków czekaliśmy na niego dziesięć długich miesięcy i tylko weekendy, ferie tudzież przerwy świąteczne, pozwalały jakoś nam przetrwać i doczekać tego cudownego letniego dnia. Kiedy nadchodził, radości nie było końca, a wizja dwóch miesięcy wolności była niczym wizja raju z obrazu Lucasa Cranacha. Błogi spokój i szczęście. Nie wiedzieć czemu nasi rodzice nie do końca podzielali nasz entuzjazm, a kiedy zbliżał się magiczny i tak długo wyczekiwany 24 czerwca na ich twarzach malował się wyraz niepokoju wyrażający jedno: O matko! Nadchodzi koniec roku!


No tak, zakończenie roku szkolnego chyba od zawsze dzieliło pokolenia. Mimo przeróżnych wyników na świadectwach i pasków niekoniecznie tam gdzie byśmy chcieli, uszczęśliwiało rzesze rozbrykanych dzieciaków i spragnionej wolności młodzieży, a przyprawiało o gęsią skórkę rodziców. O ile za czasów mojego dzieciństwa powszechna była instytucja babci, która przeważnie mieszkała w tym samym domu i bez problemu przejmowała opiekę nad dziatwą, którą przez dwa letnie miesiące nie opiekowała się szkoła, o tyle aktualnie sprawa nie jest już taka oczywista. Kiedyś babcia była w domu, teraz wiele babć nadal pracuje i jak nie trudno się domyślić, nie może zająć się wnukami. Poza tym w czasach kiedy to nie praca przychodzi do nas, ale my jeździmy za pracą, babcie często są setki kilometrów dalej i tym bardziej nie mogą wyręczyć rodziców w opiece.

Nie myślcie jednak, że koniec roku szkolnego przeraża wyłącznie rodziców pracujących. Koniec roku przeraża WSZYSTKICH rodziców bez wyjątku, a jeśli ktoś uważa, że go nie przeraża, to kłamie, koniec i kropka. Pamiętam moje przerażenie, kiedy Starszak pierwszy raz szedł do zerówki, jednak w domu został Młody, dlatego rozłąka nie była aż tak dotkliwa. Kiedy jednak rok temu Starszak poszedł do pierwszej klasy, a my zdecydowaliśmy, że powierzymy oświacie przedszkolnej również Młodego, przerażenie sięgnęło zenitu. Nie trwało jednak długo. Kiedy dokładnie drugiego września po odprowadzeniu Starszaka do szkoły, a Młodego do przedszkola wróciłam do domu, natychmiast doszłam do wniosku, że nic lepszego nie mogło mi się przytrafić. Jeśli w tym momencie pomyślałeś o mnie, że jestem wyrodną matką, to znaczy, że sam nie przeżyłeś jeszcze takiej sytuacji. Pogadamy, jak się pozbędziesz swoich ukochanych kokonów z domu na pięć godzin dziennie. Przy całej swojej bezgranicznej miłości do nich, będziesz odstawiał dziki taniec radości, bo oto w twoim domu na chwilę nastanie ład i cisza, a ty będziesz mieć możliwość wypicia kawy w ludzkich warunkach.

Jednak jak to zwykle bywa w życiu, szczęście nie może trwać wiecznie no i nie trwa, bo nadchodzi TEN dzień. Dzień, na który twoje potomstwo czeka z utęsknieniem, a na wspomnienie, którego ty bledniesz i mdlejesz z przerażenia. Sam nie możesz uwierzyć, że data, która przez większość twojego młodzieńczego życia wzbudzała w tobie absolutną euforię, teraz budzi pierwotny lęk, a resztki rozsądku podpowiadają ci, że wyrwanie kartki z kalendarza i spalenie jej przy świetle pełni księżyca z zachowaniem wygooglowanych rytuałów nie rozwiąże problemu. Ten dzień nadejdzie i będziesz musiała się z nim zmierzyć, stanąć twarzą w twarz i z trybu 'szkoła/przedszkole' przestawić się na tryb 'wakacje'. O ile twoim dzieciom przyjdzie to wybitnie łatwo, ty możesz mieć spore problemy. Od tego dnia twoje kochane skarby będą w domu 24h na dobę i bez jakichkolwiek skrupułów będą z tego korzystać. Przygotuj się więc na nierówną walkę, w której oni będą tą stroną, która będzie miała mega fun, a ty będziesz tą, która im ten fun będzie zapewniać :)

Żeby jednak nie było aż tak drastycznie, wypada wspomnieć, że koniec roku szkolnego ma również pewne zalety.

- Wreszcie się wyśpisz. Nawet jeśli twoje dzieci budzą się o nieludzkich godzinach, to jeśli chodzą do placówek oświatowych, znaczy to, że są już na tyle duże, że potrafią się zająć same sobą. Dziecię przyniesie sobie zabawki, a ty pośpisz jeszcze godzinkę, bo przecież nie musisz się zrywać na ósmą do szkoły.

- Wyjedziesz. Jeśli tylko masz taką możliwość finansową lub jesteś posiadaczem rodziny, która cię przygarnie, najprawdopodobniej zaplanowałaś już wyjazd. Nieważne gdzie, ważne, że wreszcie wyjedziesz i oderwiesz się, choć na kilka dni od domowych obowiązków. W pięknych okolicznościach przyrody nawet kokony są jakby bardziej oswojone ;)

- Nie będziesz musiała chodzić na wywiadówki. Zawsze mnie dziwiło, dlaczego mój tata nigdy nie chciał iść na zebranie, a moja mama też nie pałała miłością do tego typu wydarzeń, mimo że nie musieli się wstydzić za moje oceny. Teraz już wiem. Też się nie muszę wstydzić, ale zebrania to koszmar.

- Będziesz mogła, a nawet musiała poświęcić kokonom więcej czasu, a jak powszechnie wiadomo, wspólnie spędzony czas zbliża i procentuje na przyszłość.

Miłych wakacji mamuśki. To jak? Cieszycie się, czy czujecie powiew grozy? ;)

P.S MP albo się kocha, albo nienawidzi. Mówiąc jaśniej, tekst przeznaczony tylko dla tych z poczuciem humoru :D
4

21 czerwca 2016

Gwiezdne wojny czyli zrób to sam

Star Wars

Chyba nie ma na świecie człowieka, który nie słyszałby o Gwiezdnych Wojnach, no przynajmniej wszędzie tam gdzie istnieje jako taka cywilizacja i choćby minimalny dostęp do mediów. Gwiezdne Wojny to klasyka gatunku, można się sprzeczać na temat wartości, jakie ze sobą niesie to dzieło, o ile w ogóle jakieś niesie, można lubić bardziej (jak moje dzieci) lub lubić mniej (jak mój mąż), ale tak czy inaczej, takiej popularności, jaką zdobyły Gwiezdne Wojny, nie zdobył żaden inny film.


Jak to zazwyczaj bywa, kiedy jakiś film zdobywa popularność, zaczyna z ekranów wkraczać w codzienne życie. Gwiezdne Wojny wkroczyły z hukiem. Do wyboru mamy wszelakiej maści gadżety z bohaterami sagi: kubeczki, breloczki, notesy, tornistry, piórniki, gumki itp. itd. Bohaterowie Gwiezdnych Wojen zagościli też na koszulkach, butach, spodniach i w zasadzie chyba każdej możliwej części garderoby. Fani klocków Lego mogą się cieszyć serią Lego Star Wars, a miłośnicy książek wyposażyć swoją biblioteczkę w setki tytułów dotyczących gwiezdnej sagi.

Jak wspomniałam na początku, moi chłopcy to prawdziwi fani. Obejrzeli wszystkie części filmu, oczywiście posiadają Darth Wadera w wersji Lego, a przy tym nie potrafią się oprzeć żadnej gazecie czy książce, która traktuje o Gwiezdnych Wojnach. Natomiast wujka, który na 'Star Warsach' zna się jak mało kto, traktują wręcz z namaszczeniem i absolutnym podziwem. Dlatego, kiedy w domu pojawiła się książka "Star Wars. Statek przemytnika." wydawnictwa Egmont, rozpętała się oczywiście wojna :) Głównie z powodu Sokoła Millennium. Oczywiście każdy szanujący się fan Gwiezdnych Wojen wie, co to jest Sokół Millennium, a dzięki wyżej wspomnianej książce można mieć Sokoła w dom. Najpierw jednak trzeba było uzgodnić kto go złoży, ponieważ w książce znajdują się części do samodzielnego złożenia modelu. Żeby wojna o model nie przybrała drastycznej, krwawej formy odgórnie uznałam, że model będziemy składać we troje. Przy czym ja miałam być swego rodzaju katalizatorem :)
 
Star Wars

Model to jednak tylko połowa książki. Drugą połowę stanowi książeczka z zadaniami i łamigłówkami. Znajdziemy tam wykreślanki, labirynty czy zaszyfrowane wiadomości. Wszystko oczywiście z bohaterami Gwiezdnych Wojen. Na trzydziestu pięciu stronach fani Star Wars znajdą mnóstwo zabawy i świetny sposób na spędzenie czasu, a rodzice fanów zyskają sporą dawkę świętego spokoju co również nie jest bez znaczenia :) Jeśli chodzi o poziom trudności zamieszczonych w książce zagadek, to raczej przeznaczone są one dla dzieci wieku szkolnym. Mimo że Młody potrafi świetnie czytać, to jednak z niektórymi zadaniami nie mógł dać sobie rady, natomiast Tymek już radził sobie świetnie.

Książka z pewnością sprawdzi się jako prezent dla miłośnika Gwiezdnych Wojen, a podczas wakacji zorganizuje czas, kiedy za oknem niekoniecznie będzie świeciło słońce :)
 
Star wars
 
1

16 czerwca 2016

Pełnia szczęścia w za małych kaloszkach

szczęście

Biała, idealnie wyprasowana koszula lub bluzka. Czyściutkie spodnie bez łat na kolanach i krawat lub granatowy pulowerek. Do tego perfekcyjna fryzura prosto od fryzjera, czysta buzia i rączki. Nienaganne zachowanie, dbałość o każdy szczegół i rozkoszny uśmiech. Tylko że rzeczywistość przeważnie wygląda inaczej i nie jest ubrana w odświętne ubranko. Dziecięca pełnia szczęścia wygląda zupełnie inaczej i jest ubrana w za małe kaloszki.


To jasne, że chciałabym, żeby moje dzieci zawsze wyglądały ślicznie, były czyste i ładnie ubrane. Chciałabym, żeby nowy t-shirt wytrzymał w niezmienionym stanie dłużej niż 20 minut, a spodnie nie dorobiły się łat na kolanach już po zaledwie drugim założeniu. Chciałabym, żeby skarpetki się nie darły, czapki nie gubiły, a plamy z błota, trawy i farby znane były tylko z opowiadań innych dzieciatych koleżanek (a co tam, cudze dzieci mogą chodzić brudne). Byłoby idealnie....tylko czy na pewno byłaby to pełnia szczęścia?

Lubię porządek, śmieję się, że głęboko we mnie drzemie moja druga pedantyczna natura, która objawia się czasem w całkiem nietypowy sposób. W moim domu nie jest sterylnie, ba często nie jest nawet mniej więcej posprzątane, ale wolę, kiedy wszystko jest na swoim miejscu, kiedy nie otacza mnie chaos i nie nadeptuję bosą nogą na klocek Lego. Lubię kredki, bo nie brudzą. Na dźwięk słowa plastelina czy farby dostaję dreszczy - z tego nie może wyniknąć nic dobrego i na pewno źle to się skończy. Czysty, posprzątany na błysk dom i porządek, który przetrwa dłużej niż godzinę to takie moje skryte marzenie. Podświadomie jednak czuję, a nawet wiem, że pełnia szczęścia jest zupełnie gdzie indziej.
 
szczęście

Kilka dni temu miałam iść z Młodym po Starszaka do szkoły. Na zewnątrz ulewa. Włożyłam Młodemu płaszcz przeciwdeszczowy i nagle olśniło mnie, że w tej ulewie jego adidasy wytrzymają co najwyżej do końca ulicy, a potem nie będą się już nadawały do niczego. W pośpiechu zaczęłam szukać kaloszy. Są, jakieś, rozmiar 28. Kurcze Młody nosi 30. Szybka decyzja, żeby przymierzył. Młodemu aż się oczy zaświeciły, widzę, że buty za małe, że paluszki podkurczone, ale Młody za nic się nie przyzna. Kalosze są dobre koniec i kropka. Kapituluję i wychodzimy.

Po drodze Młody zalicza wszystkie kałuże, wchodzi, wskakuje, wbiega. W pierwszym odruchu chcę powiedzieć 'nie rób, zmoczysz spodnie', ale gryzę się w język, bo na twarzy Młodego przy każdym skoku w kałużę maluje się pełnia szczęścia, która wynagradza wizję kolejnego prania. Jego spodnie ociekają wodą i błockiem z kałuży, ale co tam najważniejsze, że jest zabawa. W pewnej chwili staje przed naprawdę głęboką kałużą i spogląda na mnie pytająco. Mówię 'dalej, idź' i jeśli wcześniej wydawało mi się, że był szczęśliwy, to dopiero teraz widzę jak bardzo szczęśliwy być może. Moja pełnia szczęścia w za małych kaloszkach...
 
video
 
10

Książki z dziurką czyli Tomuś Orkiszek i partnerzy

Tomuś Orkiszek

Będąc dziećmi, na wakacyjnych wyjazdach, często bawiliśmy się w podchody. W szukaniu śladów, wskazówek, tropów było coś fascynującego. Odkrywanie nowych elementów, rozwiązywanie pozostawionych przez poszukiwanych, zagadek i znaków miało w sobie coś z pracy detektywa. Na moment stawaliśmy się kimś innym i przenosiliśmy w inną rzeczywistość. Myślę, że każdy z nas po cichu marzył żeby choć raz rozwiązać prawdziwą zagadkę i choć raz być prawdziwym detektywem. Tomuś Orkiszek spełnił to marzenie i wraz ze swoimi przyjaciółmi otworzył nietypowe biuro śledcze. 


Tomuś Orkiszek to chłopiec, który czasem zupełnie niechcący przestawia litery w wyrazach, ale jednocześnie potrafi rozwikłać nawet najbardziej skomplikowaną sprawę. Tomuś nie działa jednak sam, w rozwiązywaniu zagadek pomagają mu dość nietypowi przyjaciele. Kicia, elegancka i mogąca pochwalić się wybitną intuicją kotka. Euzebiusz, sprytny, gadatliwy i ciągle głodny chomik. Oraz rybka Klotylda określana jako szpieg doskonały. Ten niecodzienny kwartet świetnie się nawzajem uzupełnia i w rozwiązywaniu zawiłych zagadek nie ma sobie równych o czym możemy przekonać się poznając kolejne części przygód Tomusia Orkiszka i jego współpracowników. 

Tomuś i jego partnerzy wnikliwie przygotowują się do rozwikłania zleconych im spraw, analizując każdy szczegół i prowadząc jak najbardziej profesjonalne przesłuchania. Można śmiało powiedzieć, że nie tylko Klotylda czuje się w 'skórze' detektywa jak ryba w wodzie :)

Tomuś Orkiszek

Książki  z dziurką, bo tak nazywana jest często przez czytelników seria o młodym detektywie (ze względu na wyciętą w okładce dziurkę od klucza) to seria autorstwa Agnieszki Stelmaszyk wydana przez Wydawnictwo Zielona Sowa. W naszej biblioteczce jak do tej pory znalazły się dwie pierwsze części czyli: "Na tropie szafirowej broszki" oraz "Afera w teatrze" i obie zostały wręcz pochłonięte przez Starszaka. Zresztą wcale mu się nie dziwię bo sama również przeczytałam obie części (tylko nikomu nie mówcie, że czytam książki dla dzieci:) ). Z całą pewnością mogę stwierdzić, że nasza kolekcja powiększy się o kolejne części.

Książeczki wydane są w spójnej szacie graficznej i twardych okładkach, a  to duży plus. Plusem jest również duży druk, który zdecydowanie ułatwia czytanie początkującym czytelnikom no i absolutnie wciągająca treść, która z pewnością zaciekawi małego czytelnika, bez względu na to czy jest chłopcem czy dziewczynką. Razem z chłopakami szczerze polecamy książki z dziurką o małym detektywie i jesteśmy pewni, że was również zachwycą.

Tomuś Orkiszek

2

14 czerwca 2016

Dobre maniery rodzica

dobre wychowanie

Swego czasu popełniłam wpis o wychowaniu. Nie traktował on jednak, jakby się można było spodziewać o wychowaniu dzieci, ale wręcz przeciwnie - o wychowaniu dorosłych. Wydawało mi się, że zachowania, jakie tam opisałam to rażące, ale może jednostkowe przypadki. Niestety okazuje się, że nie tylko nie jednostkowe, ale wręcz nagminne. To, że dziecko ma słuchać starszych, mówić, przepraszam, dziękuję, dzień dobry i do widzenia, a przy tym ustępować miejsca babciom w autobusie i nosić zakupy sąsiadce dla wszystkich jest jakby oczywiste. Niestety już nie do końca oczywiste są dobre maniery rodzica, zwłaszcza dla samych zainteresowanych.


W ubiegłą sobotę mój syn miał pokaz tańca. Ogromna sala, przygotowane krzesełka dla gości i miejsce występu dzieci. Każdy może sobie wybrać dogodne dla siebie miejsce, tak by móc podziwiać swoją pociechę. Dzieci wchodzą na salę i ustawiają się zgodnie z poleceniami pana konferansjera. Wszystko, pięknie, ładnie, idealnie. No tyle, że nie do końca. Bo o ile dzieci trzymają się ustalonych wcześniej na próbach reguł, o ile grzecznie wykonują plecenia i chcą jak najlepiej wypaść przed publicznością, o tyle publiczność nie trzyma się żadnych reguł. Dobre maniery zostały w domu, a wśród publiczności rozpoczyna się dziki bój o miejsca. Jeden drugiemu wlazłby na głowę byle tylko być bliżej. Nagle wszyscy zbiorowo cierpią na absolutną krótkowzroczność lub zostają fotoreporterami, którym wszystko wolno.

Wspomnę tylko, że zdjęcie ilustrujące ten wpis to widok, jaki miałam pomimo tego, że siedziałam w pierwszym rzędzie. A przecież przyszłam tam oglądać moje dziecko, a nie tyłki rodziców.

Powiem szczerze, że zachowanie co poniektórych jest dla mnie totalnie niezrozumiałe. Wymagamy od dzieci, żądamy szacunku i egzekwujemy dobre maniery, tak często niestety zapominając o swoich własnych. Czyżbyśmy zapomnieli, że dzieci mają niesamowitą zdolność obserwacji i nauki poprzez obserwację? Możemy wbijać im do głowy, że trzeba się kulturalnie zachowywać i ustępować miejsca w komunikacji miejskiej, ale tylko wtedy, jeśli sami nie wpadamy do autobusu jak troglodyta i nie sadzamy tyłka na pierwszym lepszym siedzeniu, taranując przy tym kobietę w ciąży, a potem konsekwentnie udając, że przez całą drogę jej nie dostrzegamy. Nie możemy oczekiwać, że nasze dziecko nie będzie w przyszłości w teatrze czy operze jadło chipsów i żłopało coli, bekając spektakularnie, jeśli dziś my, nie potrafimy uszanować przedstawienia, w którym ono samo występuje i robimy wszystko, by tylko nam było dobrze, olewając przy tym wszystkich dookoła.

Kiedyś upomniałam mojego syna, na co on poprawił się, jednocześnie rezolutnie dodając: "Mamusiu, ale przecież ty robisz tak samo". Przyznaję się bez bicia, że o mało co nie wymknęło mi się wtedy: "Ale ja jestem dorosła", na szczęście w porę ugryzłam się w język. Przecież to, że jestem starsza od mojego dziecka, nie upoważnia mnie do tego, by łamać zasady, to ode mnie dziecko uczy się, jak powinno się zachowywać w określonych sytuacjach. Jeśli ja będę przechodziła na czerwonym świetle, to ono też nie będzie widziało sensu czekania na zielone. Jeśli ja nie powiem sąsiadce dzień dobry, to ono również przejdzie obok niej obojętnie. Jeśli w miejscu publicznym będę się zachowywać jak cham i prostak to ono również dokładnie tak samo się zachowa. W końcu do pewnego momentu to my rodzice jesteśmy jedynym wzorem dla naszych dzieci i to w nas wpatrzone są one jak w jedyny słuszny wzór do naśladowania. Warto więc zweryfikować swoje dobre maniery, żebyśmy pewnego dnia na swoje własne życzenie nie musieli się wstydzić za swoje dziecko, a przede wszystkim róbmy tak, by ono nie musiało się wstydzić za nas.
10

11 czerwca 2016

Blog Conference Poznań vol.2

 

Blogosfera to nie jest jakiś obcy wyalienowany świat, choć kiedyś byłam przekonana, że właśnie tak jest. Wręcz przeciwnie, jest tak samo, jak w życiu, są ludzie, którzy zostaną z tobą na zawsze i tacy, których nie będziesz chciał więcej spotkać. Są wydarzenia, które nie wniosą do twojego życia nic konkretnego i takie, z których wyniesiesz potężny bagaż wiedzy, które zmienią twoje myślenie, naładują cię mega pozytywną energią, a na koniec wywrócą twoje życie do góry nogami ;) Jeśli jesteście blogerami i jesteście żądni takich ludzi i takich wydarzeń to koniecznie musicie być na Blog Conference Poznań.


Kiedy rok temu dowiedziałam się, że wezmę udział w pierwszej edycji BCP najpierw szalałam ze szczęścia, a potem nastąpiło przerażenie. Choć mój blog miał wtedy grubo ponad dwa lata, tak naprawdę z zaangażowaniem prowadziłam go dopiero od kilku miesięcy. O poważnym blogowaniu nie wiedziałam praktycznie nic. Nie kojarzyłam podstawowych pojęć, czołowych blogerów i praktycznie nikogo nie znałam. Już na miejscu czułam, że ja tam nie pasuję. Starałam się nie pokazywać nikomu swojego identyfikatora z ohydnym blogspotem w nazwie, a gdybym mogła, w ogóle zapadłabym się pod ziemię. Kiedy udało mi się zamienić dosłownie kilka zdań z Konradem Kruczkowskim pomyślałam sobie "Kobieto gdzieś ty przyszła? Nie dorastasz im do pięt."

Mogłam wyjść, rzucić to w cholerę i uznać, że to nie jest moja bajka. Jednak nie wyszłam. Dwa dni konferencji, choć z początku wywołały przerażenie to tak naprawdę zmieniły moje blogowe życie o 180 stopni. Zmieniła się domena, szablon, logo i moje myślenie. Na kolejną edycję Blog Conference Poznań zgłosiłam się już z większą świadomością. Wiedziałam co mnie czeka, kojarzyłam większość prelegentów i znałam wielu blogerów, którzy mieli się również tam pojawić. Już nie czułam się jak biedna, szara myszka. Może zabrzmi to poufale, ale byłam trochę u siebie :D  
 

Blog Conference to nie jest jakieś tam blogowe pitupitu to spotkanie kilkuset fantastycznych twórców. Mieszanka osobowości, stylów i pomysłów na prowadzenie bloga. To ogromny zastrzyk wiedzy. Fantastyczne prelekcje: Jan Favre, Andrzej Tucholski (mega prelekcja!), Monika Czaplicka (słuchałam z zapartym tchem), Michał Szafrański (ten człowiek ma coś w sobie) i ten, na którego czekałam najbardziej Konrad Kruczkowski. Śmiałam się nawet, że Konrad podczas swojej prelekcji ukradł mój tekst o orgazmie intelektualnym, bo ten, kto śledzi Matkę Polkę, wie że to właśnie przeżywam, czytając jego teksty. Fascynują mnie ludzie z takim potencjałem, intelektem i pokorą jak Konrad. Oprócz prelekcji rewelacyjne warsztaty z Izą Kozak, która uświadomiła mi, że właściwie do tej pory nie miałam pojęcia, do czego zdolny jest FB i że ten związek musimy zdecydowanie podreperować :) Wszystko to wzbogacone fantastyczną kawą od Rebel podawaną przez Agnieszkę Rojewską. Gdybym miała wszytko podsumować jednym zdaniem, powiedziałabym: Blogerski raj :)
 

Blog Conference naładował mnie znowu absolutnie pozytywnymi emocjami i dał wielkiego kopa w tyłek motywującego do działania. Mam nadzieję, że to, co siedzi po tej konferencji w mojej głowie uda mi się przełożyć na to, co będzie w najbliższym czasie działo się na blogu, a wy, moi czytelnicy, odczujecie tego skutki. Oczywiście wyłącznie w pozytywnym znaczeniu. Chciałam również podziękować tym których miałam okazję spotkać po raz pierwszy: Macierzyństwo raz, Gulbaska, Młoda Mama w Dolinie Hipsterów, WPArt, Lady Furia, Pojedzone, Relatywnie obiektywna, Nasza droga do, Nieobiektywny, Chichotka. Oraz tym, których spotkałam ponownie i bez których nie wyobrażam sobie już życia: Jaśkowe Klimaty, Elimilamalim, Mama Kreatywna, Zwykłej Matki Wzloty i Upadki, Mama na Tropie, Maluch w domu.
Na koniec choć wcale nie oznacza to, że najmniej ważnym, chciałam podziękować wszystkim organizatorom. Fajnie, że komuś się chce. Zrobiliście naprawdę kawał świetnej roboty.

P.S Nie wiem jak inni, ale ja już nie mogę się doczekać kolejnej edycji.




2

7 czerwca 2016

Jak nauczyć czytać czterolatka?

nauka czytania

Prawda jest taka, że każdy człowiek prędzej czy później nauczy się czytać. Jednak w czasach kiedy za wszystkim gonimy, a rywalizacja wręcz wpisana jest w nasze życie, chcemy wszystko robić szybko i najlepiej, a nie wtedy kiedy przyjdzie na to pora. Ta rywalizacja tyczy się również rodziców małych dzieci, którzy chcą, żeby ich dziecko jak najszybciej opanowało jak najwięcej umiejętności i było lepsze od innych dzieci w danym przedziale wiekowym. Chcemy, żeby dziecko szybko zaczęło chodzić, mówić, załatwiać się na nocnik, a najlepiej jakby na tym nocniku czytało encyklopedię. Po tym jak zamieściłam na blogu filmik, na którym Młody czyta książkę, posypały się pytania co takiego zrobiłam, że nauczyłam go czytać. Jak więc nauczyć czytać czterolatka?


Po pierwsze - metoda

Metod nauki czytania jest tak wiele, że gdybym chciała je wszystkie tu wymienić, powstałby naprawdę długi post, przez który pewnie większość z was by nie przebrnęła :) Chyba najbardziej znaną metodą i najpowszechniej aktualnie stosowaną (przynajmniej taką uczono u Starszaka w szkole), jest metoda fonetyczna, ale połączona z poznawaniem liter. Dziecko poznaje kształt litery oraz głoskę jej odpowiadającą, a następnie uczy się dzielenia wyrazu na głoski.
Powszechna jest też metoda globalna. W tym przypadku dziecko zapoznawane jest z obrazem całego wyrazu. Przede wszystkim chodzi o rozpoznawanie przez dziecko kształtu wyrazu, a dopiero później przechodzi do analizy dźwięków i liter. Ta metoda bardzo dobrze sprawdzi się właśnie przy małych dzieciach, które jeszcze nie znają literek.
Kolejną popularną ostatnio metodą jest metoda Glen Domana. Naukę czytania tą metodą można zaczynać już od urodzenia. Domann twierdzi, że małe dzieci uczą się czytać wyrazy napisane czerwoną drukarską czcionką o wysokości 8cm, następnie stopniowo przechodzi się do czcionki czarnej i zmniejsza rozmiar. W tej metodzie naukę alfabetu zostawiamy na etap, kiedy dziecko już sprawnie czyta.

Po drugie - pomoce naukowe

Jeśli zdecydujemy się nauczyć dziecko najpierw liter, przydatny będzie alfabet, który zapozna dziecko z graficznym obrazem litery. Możemy taki alfabet wydrukować samemu lub wykorzystać dostępne na rynku pomoce. Do wyboru mamy mnóstwo propozycji np Pilch alfabet polski pisany (klik), Goki puzzle - kolorowy alfabet (klik) czy na przykład Vilac Magnesy drewniane (klik).
Przy metodzie globalnej możemy posłużyć się kartami, na których sami wypiszemy bądź wydrukujemy wyrazy lub tak jak wyżej możemy posłużyć się tym co oferuje rynek. Tu też mamy naprawdę szerokie pole wyboru choćby na przykład Karty do nauki czytania Pewny Start (klik)

Po trzecie - czytanie czyli przykład idzie z góry

Jeszcze nie czytanie przez wasze dziecko, ale przez was. Nie od dziś wiadomo, że dziecko uczy się przez obserwację. Jeśli nie będzie ono widziało, że książki służą do czytania, a wy im tego nie uzmysłowicie, to nie łudźcie się, że nagle wychowacie mola książkowego. Czytanie dziecku to podstawa. Jeśli wy będziecie mu czytać i uda wam się wzbudzić w dziecku ciekawość to ono samo w końcu zapragnie samodzielnie przeczytać jakąś książkę, a to najlepsza droga do nauki czytania.

Po czwarte - odpowiedź na najważniejsze pytanie

Najważniejsze, czyli jak nauczyć czytać czterolatka? Niestety będę musiała rozczarować tych, którzy czekają na prostą odpowiedź. Otóż pojęcia nie mam. Młody nauczył się, czytać sam. Niektórzy twierdzą, że jest to syndrom posiadania starszego brata. Możliwe, ale ja i mój brat jesteśmy przykładem na to, że coś takiego jak syndrom starszego rodzeństwa nie istnieje, ponieważ ja jestem starsza i czytałam na długo przed tym, zanim poszłam do zerówki, a mój brat młodszy i jak szedł do szkoły, nie potrafił słowa przeczytać (najwyraźniej nie miałam ochoty dzielić się z nim wiedzą ;) ). Chociaż w przypadku Młodego starsze rodzeństwo jednak miało swój udział, bo gdy Starszak uczył się literek, sylabizowania czy głoskowania, to Młody siłą rzeczy się przysłuchiwał. Czytać jednak nauczył się z zaskoczenia. Duży wpływ miało też na pewno to, co opisałam w punkcie trzecim, czyli czytanie. Czytałam chłopakom dużo, a nawet bardzo dużo, a w ich pokoju jest mnóstwo książek, które w pewnym momencie Młody zapragnął przeczytać sam. Dziś mam w domu prawdziwego mola książkowego, który każdego wieczoru przed snem sam sobie czyta :)
 
Po piąte - nic na siłę
 
Najważniejsze to nie zmuszać. Choćbyśmy niczego na świecie nie pragnęli tak jak tego, żeby nasze dziecko samo przeczytało Forbsa to nie upoważnia nas do wywierania presji na dziecku ;) Spokojnie. Tak jak nie każde dziecko musi zacząć mówić mając półtora roku, chodzić zanim skończy rok czy  pójść do pracy zanim skończy gimnazjum, tak samo nie każde musi czytać mając cztery lata. Na każde dziecko przyjdzie pora. Jednym trzeba pomóc u innych przychodzi to zupełnie samoistnie. Kiedy próbowałam nauczyć Starszaka czytać (miał wtedy mniej więcej pięć lat) to myślałam, że zostanie analfabetą i w życiu tego nie pojmie. Odpuściłam. Minęło pół roku, a moje dziecko czytało płynnie. Bez zmuszania, na spokojnie i w formie zabawy, a co najważniejsze to nie wy musicie chcieć, to musi chcieć wasze dziecko.
7
Matki Polki Fanaberie © 2012 - 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka