9 stycznia 2015

Dzień demolka Matki Polki.



 matka polka

Piątek.
Dzień demolka. 
6.30 spoglądam za okno.
Jeśli zacznie padać to będę musiała zakwalifikować ten dzień do wyjątkowo beznadziejnych.
Absolutnie nie może padać.
Nie dziś!

Lecę odprowadzić Starszego do szkoły.
Na szczęście nie pada i nawet na tramwaj udaje nam się zdążyć.
Wracam, robię kawę i śniadanie Bąblowi.
Gdyby nie powtarzanie co pół minuty "Synu jedz", byłoby to całkiem przyjemne pół godzinki.

Pól godziny później PM prosi o jajecznicę. Nie no normalnie to bym poleciała do kuchni jak na skrzydłach i jeszcze na tym skorzystała, ale jakoś tak się złożyło, ze jestem na diecie i jajecznica dziwnym trafem nie wpisuje się w mój jadłospis. Na domiar złego przeżywam dzisiaj chyba jakiś kryzys bo od samego rana prześladuje mnie dziwne wrażenie, że krok w krok podąża za mną wielki pączek.
Dlaczego pączki są na diecie zakazane?
I dlaczego akurat pączek skoro normalnie bez żadnego problemu obywam się bez słodyczy?
Normalnie tak, ale nie na diecie, na diecie pożarcie choćby kostki czekolady jawi mi się jako totalna ekstaza.

Aaaaaa zapomniałam wspomnieć o śniadaniu koleżanki Beaty, która opisując co ma na talerzu wywołała u mnie niebezpiecznie nasilający się ślinotok, a śledzący mnie pączek powiększył się dwukrotnie.
Takiej to dobrze.
 Przez dziurkę od klucza by przelazła to na diecie być nie musi.

Po tym jak jednak lituję się nad PM biorę się za przygotowanie obiadu niespokojnie spoglądając na zegarek czy zdążę.
Znowu do szkoły po Starszego.
Już ryczy, że za późno przyszłam.
Wracamy.

Jemy obiad, tzn. on je bo ja zadowalam się dietetyczną zupką i jabłkiem.
Lecimy na tańce. Dosłownie lecimy bo trzeba zdążyć na tramwaj.
Oczywiście tramwaj nie przyjeżdża.
W porywach wiatru czekamy na kolejny.
Nadal nie pada. Farcik.

Po drodze wpadamy po kolegę Starszego, który idzie z nami na tańce.
Leje.
Wpadamy do szkoły i przemoczeni czekamy z Bąblem, aż Starszy i Kolega się wytańczą.
Leje i wieje (choć to raczej delikatne określenia tego co się za oknami dzieje).
Oczami wyobraźni widzę siebie w tym deszczu, ciągnącą za sobą całą trójcę.
Może przestanie padać. Tak na pewno przestanie.
Musi.

Z pomocą przychodzi, a  właściwie dzwoni Mama Kolegi.
Wysyła po nas męża.
Uff szybciutko, sprawnie w cieplutkim samochodzie dostajemy się do domu. (Czy ja wspominałam, że dokładnie wtedy przestało lać? )

Zapodaję chłopakom porcję 'wychowawczej' rozrywki w postaci laptopa (tak, tak jestem wredna czasem nie chce mi się z nimi bawić), a  sobie robię cudnie gorącą kawę i zmniejszam troszkę chodzącego za mną pączka zżerając jedno maluteńkie ciastko.

Ćwiczenia, kolacja.....
.....uff dochodzimy do momentu, w którym Kokony idą spać.
Jeszcze tylko lista obiadów na cały tydzień, dla każdego co kto lubi wedle gustów i upodobań, które uwierzcie mi są niebywale różnorodne i koniec dnia demolki.....
....mamy weekend :)
Nienawidzę piątków!



2 komentarze:

  1. Co do pogody to od kilku dni jest naprawdę paskudna, aż się wychodzić nie chce. Ja jak przechodzę na dietę to cały czas o tym myślę i mam tysiąc razy większy apetyt. Życzę powodzenia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uznałam, że jeden dzień w tygodniu będę grzeszyć kulinarnie, tak będzie zdecydowanie łatwiej :)

      Usuń

Dziękuję za każdy pozostawiony komentarz :)

TOP