29 czerwca 2015

Wypoczywasz rodzinnie? Gówno prawda!


Kto należy do waszej rodziny? U nas jest mama, tata, syn starszy i syn młodszy. Kolejność dowolna. Wszyscy na równych prawach i równie ważni. Wszyscy się kochamy, szanujemy, lubimy spędzać ze sobą czas. Oczywiście wspólne spędzanie czasu to dla nas czysta przyjemność, radość i przyjemna forma wypoczynku. U Was tak samo?


Wielu z Was na bank przytaknie i powie, że w ich rodzinie jest identycznie. Że wykorzystujecie wolne chwile na wspólny rodzinny wypoczynek. Że wspólne spędzanie czasu to dla was priorytet, a wszelkie formy rodzinnego wypoczynku są wysoce pożądane. Tak? Tak. A właśnie, że nie bo to wszystko gówno nieprawda i mit.

Sobota. Wszyscy w domu, nikt nie pracuje, nie idzie do szkoły, nikt nic nie musi. Jedziemy na rodzinny piknik organizowany, że tak powiem przez kręgi zawodowe PM. Już po przekroczeniu terenu pikniku rozpoczyna się donośne zawodzenie pod tytułem gdzie są atrakcje dla dzieci.
My wiemy, że są na bank, ale bardziej ciągnie nas w kierunku cateringu niż w kierunku dmuchanego zamku.

Niestety, zawodzenie tak przewierca nasze mózgi, że dla świętego spokoju omijamy stoisko z cateringiem na wdechu co by nie czuć fantastycznych zapachów oferowanej kuchni i podążamy w kierunku dmuchanych ustrojstw. Dzieciaki wniebowzięte. Skaczą, zjeżdżają, turlają się. Kończy się oczywiście rykiem bo okazuje się, że na jednym z dmuchanych ustrojstw jest wielka kałuża, w której po kolei lądują wszystkie dzieciaki mocząc jedyną parę spodni. 

Moment rozpaczy wykorzystujemy żeby jednak zaciągnąć ich do stołu i podążyć w kierunku cateringu. Nawet udaje się odnaleźć coś co konsumują również dzieciaki,a łatwe to to nie jest jak się ma dwa niejadki. Niestety już w połowie posiłku kokony odkrywają pobliski plac zabaw. W pośpiechu przełykam ostatni kęs i ciągnięta za rękę podążam w zakątek pola piknikowego upstrzony zjeżdżalniami, tunelami i innymi wynalazkami służącymi do zabawy. 

Tu odzywa się mój wstręt do placów zabaw i choć ten, jest wyjątkowo bezpieczny i nie grozi utratą życia i zdrowia to po siódmym zjeździe dziecięcia z tej samej zjeżdżalni zaczynam dość mocno się nudzić i kombinować jak by tu zwiać, albo przynajmniej zmienić kokonowi obiekt zainteresowania. Udaje się, kiedy dostrzegam panią robiącą wielkie bańki. Młody daje się zaciągnąć i sam próbuje swoich sił w tworzeniu wielgachnych mydlanych kul. Niestety okazuje się to dość skomplikowane co w efekcie daje nam .....ryk.

Chwilę później zostajemy zaciągnięci z powrotem na dmuchańce, ale tym razem dość szybko przychodzi nuda i kokoniki wybierają się na trampolinę. Jest kolejka, w której czekają, uwaga aż TRZY osoby. Efekt....ryk. Ciśnienie podnosi mi się już do granic wytrzymałości i zaczynam się zastanawiać co ja tu do jasnej cholery robię. Było mi się tłuc na drugi koniec miasta? I słuchać jęków i ryków? Przecież mogłam siedzieć w domu gdzie nie ma trampoliny, nadmuchiwanych domków i nie kończących się zjeżdżalni. Mogłam to olać i mieć święty spokój.

Kokony zaliczają jeszcze zorbing, zjeżdżalnię po raz setny i hokeja na trawie, a ja kwitnę pół godziny w kolejce po marnie wyglądającego naleśnika bo sobie dziecię zażyczyło. Kiedy przychodzi godzina powrotu do domu następuje punkt kulminacyjny imprezy w postaci rzęsistego deszczu. Nie. To było oberwanie chmury.

Odczekiwanie nic nie daje, więc ubieramy kurtki deszczowe i ruszamy w drogę na przystanek. Jeszcze zanim opuścimy teren pikniku będzie mi się wylewała woda z butów. Zanim dojdziemy na przystanek nie będę miała na sobie nawet skrawka suchego ubrania i to dosłownie. Mówiąc bardziej obrazowo, mokre miałam nawet gacie. Niestety mój marny los podzielił również PM i Młody. Ocalał jedynie Tymek, który nie miał fachowej kurtki przeciwdeszczowej tylko płaszczyk z Biedry. Płaszczyk z Biedry nie przemókł :)

Powrót do domu trwa ok pół godziny. Wpadamy do domu kompletnie mokrzy, dokładnie tak jak byśmy w ubraniach postanowili wziąć prysznic. Szybkie ogarnięcie i w piżamkach wskakujemy pod kołderkę. Dzieciaki.....zachwycone.

Straty: najprawdopodobniej dwie pary butów (bo do teraz nie wyschły i raczej kiepsko wyglądają), dwie wyprane PEKI (daj Boże żeby działały :) ) i szczyt znudzenia w oczekiwaniu na zmęczenie dzieciaków na dmuchańcach.
Zysk: Bezcenna radość kokonów.

Wypoczynek na tak zwanych 'rodzinnych atrakcjach' to bzdura. Przeważnie wracasz do domu wykończony i padasz na pysk, ale i tak koniec końców dochodzisz do wniosku, że było warto :) Przynajmniej ja tak mam :)








19 komentarzy:

  1. U nas rodzinny wypoczynek to pojechanie na rowery. mało uczęszczana trasa, bez gapiów i plociuchów. Możemy pogadać, zrobić przerwę na polanie lub tak jak ostatnio najeść się na grandzie czerwonych porzeczek ;-)

    OdpowiedzUsuń
  2. To tak jak po wakacjach z dziećmi. Masz ochotę na kolejny tydzień ale bez dzieci. Jednak wiemy ze na dzień dzisiejszy by było ciężko być na wakacjach bez dzieci, za to myśląc o nich cały czas prawda? :) a ulewa to była masakra. Jak jechałam przez Komorniki i potem s11 w stronę Piły to przy 30 na budziku robiło się dosłownie kurtyny wodne. I prysznic dla tych co na chodniku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No jak na razie nie wyobrażam sobie wakacji bez dzieci, zresztą wakacje jakoś lepiej znoszę niż festyny i pikniki :) A co do prysznica to dostało mi się kilka razy jak szliśmy na przystanek, z tym, że po pierwsze kierowcy na bank nie jechali 30/h, a po drugie i tak już mi było wszystko jedno bo i tak nie miałam na sobie nic suchego :)))

      Usuń
  3. Ja lubię te rodzinne wypady, bo mam wrażenie ze wykorzystalam dzień na maxa :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz, że coś w tym jest :) Tylko absolutnie nie idzie to w parze z odpoczywaniem :)

      Usuń
  4. Ja póki co mam tę swobodę, że 'rodzinnie' to po prostu z roczniakiem obok. Roczniak wiele atrakcji nie potrzebuje. Gdy ja piję kawę w kawiarni, on zajmuje się łapaniem mrówek na podłodze. Gdy ja spaceruję po pięknym Kazimierzu z mężem, on grzecznie śpi w Tuli. Gdy ja piję piwo u znajomych w ogrodzie on zjada stokrotki. Chwilo trwaj:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, to były czasy. A najlepiej wspominam pierwsze pół roku z pierwszym dzieckiem jak jeszcze nie był w stanie się przemieszczać :)))

      Usuń
    2. Haha, skąd ja to znam :) Tylko tego spania nie doświadczam :D

      Usuń
  5. czytam i czytam i zastanawiam się czy Ty też byłaś na pikniku rodzinnym u nas w przedszkolu ... ;) a tak na poważnie Żuk bawiła się wybornie a nam pękały głowy, doszliśmy jednak do wniosku że warto było, bo może dzięki temu będzie mniej dzika niż jej rodzice.... :) na pewno dla jej uśmiechu na twarzy było warto! pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli wyciągamy dokładnie takie same wnioski :)

      Usuń
  6. Dmuchańce i trampoliny są dzieciarni niezbędne do życia - wiadomo;-) My jednak od dawna omijamy szerokim łukiem wszelkie imprezy masowe, zwłaszcza te naprawdę duże typu Dzień Dziecka z Radiem Zet. Na nich trwoni się jednak zbyt wiele czasu na wszystko - stanie w kolejkach do atrakcji, stanie po hot doga/zapiekankę/inny fast-food, szukanie miejsca parkingowego itp. Ten stracony czas idzie w godziny. Wolimy go przeznaczyć na wydłużenie spaceru/ zabawy na placu zabaw. Dzięki temu jest też mniej ryków, bo dzieciarnia -zamiast się nudzić w kolejce- szaleje ile wlezie - w tym na dmuchańcach/trampolinach, które są przecież dostępne nie tylko na imprezach masowych, ale również w wielu parkach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A my ostatnio właśnie zastanawialiśmy się jak to jest, że nasz dzieci spokojnie wystoją dwie godziny w kolejce do jakiejś atrakcji (ostatnio ta stali żeby 3 minuty posiedzieć w dmuchanej kuli w basenie), a jak mają chwilkę zaczekać bo np. w danej chwili nie możemy się nimi zająć to od razu jest ryk. Oczywiście są to pytania retoryczne ;)

      Usuń
  7. Pewnie za niedługi czas dowiem się co znaczy czekanie w dłuugich kolejkach do dmuchańców i innych ustrojstw.
    Na razie Mała Zet jest niewymagająca i nie ma wyjścia chodzi tam gdzie my chcemy. Pewnie niedługo się to zmieni ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Boziu, takie rodzinne imprezy to dla mnie męczarnia i zawsze wracam z pękającą głową i styrana tak jakbym co najmniej zdobyła szczyt góry. Jednak dziecko ma z tego radochę i to mnie jakoś popycha na kolejne festyny czy inne ustrojstwa.

    OdpowiedzUsuń
  9. Zgodzę się z Tobą takie imprezy wykańczają :) dlatego wolę z dzieciakami poleżeć na trawie i policzyć chmury :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Jeszcze nie miałam okazji uczestniczyć w takowej imprezie. ;) Jednak ja lubię taki aktywny wypoczynek na wariackich papierach. :D

    OdpowiedzUsuń
  11. Nie ma to tamto, na takie imprezki chodzi się tylko dla dzieci. Ja korzystam wtedy ze świeżego powietrza i nic więcej, a reszta to latanie za dziećmi i modły, żebyśmy cali wrócili z tej wyprawy :P

    OdpowiedzUsuń
  12. Mój młody jest mniejszy, ale odczucia mam często podobne po wyjściu "z atrakcjami". Generalnie ryk pojawia się u nas ostatnio często, bo mój syn wkroczył w magiczny wiek 1,5 latka co zbliża go coraz bardziej do 2 latka, a matkę do obłędu

    OdpowiedzUsuń
  13. i dlatego często omijamy takie imprezy... chociaż rzeczywiście dzieci wracają z nich przeszczęśliwe .... my rodzice ciut mniej...

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy pozostawiony komentarz :)

TOP